wtorek, 14 czerwca 2016

W obronie życia

Myślę o napisaniu tego posta od niedzieli. Od niedzieli, bo wtedy znowu chciano mnie przekonać, że niepodpisanie wsparcia zmiany ustawy, która miałaby zabraniać w Polsce aborcji to zło. Grzech. I w ogóle katolik nie może sobie na na to pozwolić.
A we mnie nie ma wewnętrznej zgody. Dlatego choć ostatnio temat (medialnie) przycichł, postanowiłam napisać kilka słów.

Żeby była jasność: aborcja to według mnie straszne zło i nie mieści mi się głowie, że ktoś się na to decyduje. Bo dziecko może być/jest chore czy coś. I że niby do któregoś tam tygodnia to jeszcze nie dziecko. To zawsze jest dziecko! Mały Człowiek, którego życie jest w stu procentach powierzone innym ludziom. Najbliższym mu ludziom.

Skąd więc we mnie brak zgody na to, że zmienianie prawa dotyczącego aborcji w Polsce to obowiązek, misja katolików? Dlaczego dotąd nie podpisałam petycji w tej sprawie?
Bo myślę, że to nie jest kwestia prawa. Jasne, mogę się mylić. Pewnie odmowa wykonania aborcji ze względu na obowiązujące prawo mogłaby co niektórych zmusić do przemyślenia raz jeszcze tej kwestii. Tylko czy rzeczywiście za tym pójdzie niezabijanie nienarodzonych? 
Nie wiem, może to jakieś "czarnowidzctwo" z mojej strony (czy jeszcze co innego), ale sądzę, że taki zakaz pociągnie za sobą jedynie rozwój "podziemia" aborcyjnego albo wyjazdów za granicę w celu dokonania owego zabójstwa. Bo jeśli ktoś będzie chciał to zrobić i będzie miał na to środki - zrobi to. 
Wydaje mi się, że problem leży dużo głębiej niż na poziomie prawa. Bo jeśliby każdy miał świadomość, że to jest drugi człowiek - może chory, może niepełnosprawny - ale drugi człowiek taki sam jak ty i ja - wtedy nikt o zdrowych zmysłach nie pomyślałby o aborcji. Tak jak nikt nie myśli o zabijaniu sparaliżowanego członka rodziny. I dalej, gdyby istniała większa świadomość naturalnych metod planowania rodziny (i nie mówię tu o świadomości ograniczającej się do kpiny z "kalendarzyka"), nie byłoby "wpadek", których ktoś chciałby się potem "pozbyć". Podobne przykłady można by mnożyć. 
Zdaję sobie sprawę, że to o czym piszę to jakiś idealny świat. Pewnie tak. Tylko czemu misją katolików nie miałoby być wprowadzanie w życie założeń tego "idealnego świata"? Czemu nam się wydaje, że wystarczy czegoś zakazać, żeby to nagle przestało istnieć? Bo niestety tak maluje mi się prawny zakaz aborcji.
I dlatego pewnie nie poprę swoim podpisem tej zmiany ustawy. Bo nie wydaje mi się to odpowiedni sposób ochrony życia. Bo za bardzo kojarzy mi się z "umywaniem rąk" - "podpisałem, bronię życia". 
W tym momencie wolę myśleć, że naprawdę można zrobić coś więcej. Także w kwestii prawa - tylko niekoniecznie dotyczącego samej aborcji. 


poniedziałek, 9 maja 2016

Komunijna farsa

Dawno się tak nie zdenerwowałam. A że rzecz aktualna, bo "sezon" dopiero się zaczyna - postanowiłam poruszyć temat. Temat I Komunii Świętej. W ostatnią niedzielę mieliśmy niestety wątpliwą przyjemność uczestniczenia w tej oto uroczystości, w czasie której po raz pierwszy do Stołu Pańskiego przystępował chrześniak męża. Czemu wątpliwą? 
Nie, wcale nie będę pisać o przyjęciu, materializmie itp. Nie tym razem, to nie ten przypadek.
Zdenerwowała mnie uroczystość w kościele. A właściwie - w przypadku naszym i jakiejś połowy uczestników: obok kościoła. 

Nie zaskoczył nas tłum zgromadzony wokół farnego kościoła w jednym z niedużych acz powiatowych miast tego kraju. Wiadomo - parafia spora, każde dziecko ma wielu gości, tłumu nie da się uniknąć. W związku z tym, nie spodziewaliśmy się, że uda nam się zająć miejsce w zabytkowym i ogólnie niezbyt przestrzennym kościele. Ale że teren przykościelny spory, zielony i ogrodzony - byliśmy dobrej myśli. 
Byliśmy dobrej myśli, bo też przez myśl nam nie przeszło, że w momencie kiedy nie uda nam się wejść do kościoła, automatycznie zostaniemy właściwie pozbawieni możliwości uczestniczenia w Eucharystii. Nie wiem czemu, ale zupełnie nie spodziewaliśmy się niemal kompletnego braku zewnętrznego nagłośnienia (może przez doświadczenia naszej parafii, gdzie nie ma z tym problemu i nawet gdy niesforne dziecko ucieknie na zewnątrz, rodzic nadal ma szansę lepiej lub gorzej uczestniczyć we Mszy). A nie, przepraszam, był jeden głośnik, z którego było coś słychać, ale tylko wtedy, gdy znaleźliśmy się kilka, może kilkanaście metrów od niego. Nie muszę dodawać, że nierealne było, ażeby wszyscy, którzy nie zmieścili się do środka, znaleźli się w polu "rażenia" głośnika. 
W związku z tym, wspaniały teren wokół kościoła był nieużyteczny, bo nie było słychać. Ludzie stali "po stronie głośnika": niektórzy po drugiej stronie ulicy, na parkingu. A i tak niewiele słyszeli. W końcu zaczynali ze sobą rozmawiać... Nie pokuszono się także o otwarcie na przestrzał olbrzymiej kruchty kościoła, co dałoby pozostającym na zewnątrz nieco fonii. Nic z tych rzeczy.

Dlaczego to opisuję?
Opisuję, bo, jak już wspomniałam, sytuacja bardzo mnie zdenerwowała, jako że naprawdę zależało mi na tym, żeby uczestniczyć w uroczystości, pomodlić się za mężowego chrześniaka. Zdenerwowała mnie też dlatego, że w czasie przygotowań do komunii bardzo mocno podkreśla się duchowy charakter wydarzenia, to, że dobrze by było, żeby goście nie tylko prezentami i obecnością na przyjęciu towarzyszyli dziecku, ale przede wszystkim modlili się za nie, przyjęli w jego intencji komunię. I potem, w rezultacie takiej jak wyżej opisana organizacji (albo właściwie braku przemyślenia pewnych prostych w gruncie rzeczy spraw), połowa zaproszonych gości nie ma szansy de facto uczestniczyć w uroczystości. 
Nie wnikam, czy chce itd., ale po prostu nie ma fizycznej możliwości.
Dla mnie niestety jest to coś, z czym trudno mi się pogodzić.


czwartek, 21 kwietnia 2016

Kiedy przychodzi wiosna

Mam tak już od paru ładnych lat. W zasadzie od początku studiów. A może było tak już wcześniej? Nie pamiętam.
Mam tak, że kiedy przychodzi wiosna, nagle, jak młode kwiatki spod ziemi, wyrasta przede mną cała masa różnych zadań. Zaczyna się to zawsze jakoś na początku kwietnia. Co więcej, lista rzeczy do zrobienia wcale nie maleje, mimo odhaczania kolejnych pozycji. Za każdą załatwioną sprawę pojawiają się dwie następne.
Może to wszystko dlatego, że na wiosnę człowiek się budzi z zimowego snu i uświadamia sobie, że parę rzeczy odłożył na czas, kiedy będzie miał więcej energii. Ja tak robię - nie mówcie, że wy nie.
Zatem na biurku leży lista zadań do wykonania. Tych na uczelnię tylko.
A z tyłu głowy druga lista - zadań domowych, które też same się nie chcą zrobić, choć może nie wymagają zarywania nocy. Najwięcej odłożonych to prace przed domem (no nie mogę już patrzeć na te zaniedbane gazony...), bo ciężko je pogodzić z opieką nad roczniakiem, u którego nasilają się nieświadome, samodestrukcyjne zapędy.
Także przyszła wiosna, pogoda coraz lepsza - nic, tyko brać się za pracę. :)